Żyję. Każdego dnia budzę się coraz mniejsza, słabsza, upadam jak ostatnie liście z drzew. Nadal jednak każdego dnia wstaję, przeegzystuję, kładę się do wielkiego, pustego łóżka walcząc z nadmiarem zbędnych myśli. Jak jesienny liść kołysany bez celu przez wiatr, zupełnie nie wiedzący co nadchodzi. Zbliżył się listopad i list-odpadł. Nieskończoność ciągnie się do nieokreślonego celu. Szuka go, jak ostatniego grosza na ulicy.
Czas zrobić coś ze sobą. Przyjmuję kopniaki na pobudkę z tego otumanienia beznadzieją. Byle skuteczne.
może właśnie o to chodzi. pozwolić opaść, żeby móc się odbić. pozwolić czemuś odejść, żeby móc rozpocząć od nowa.
OdpowiedzUsuńOj mała.. Wiem, że nic nie nastraja do tego, by wstać i żyć. Na dłuższą metę tak nie można. Musisz nauczyć się kochać życie, żyć życiem!
OdpowiedzUsuńŁap kopniaka także ode mnie! :*
Ale dlaczego tak właśnie jest z tym wszystkim?
OdpowiedzUsuńMasz kopniaka również ode mnie - i idź dalej, ale w stronę szczęścia.
OdpowiedzUsuńCzasami trzeba upaść na dno, żeby mieć dobre miejsce do mocnego odbicia.
OdpowiedzUsuńŻyczę siły, tylko z nią dasz radę.
OdpowiedzUsuńWstawaj, proszę.
OdpowiedzUsuń